Na balkonie wciąż kwitną, a prognoza już straszy przymrozkiem? Co roku stoję przed tym samym wyborem. Pelargonie nie znoszą mrozu, więc zabieram je wcześniej i zimuję jednym z trzech sposobów: w doniczce w 5–10°C, bez ziemi w papierowej torbie albo jako sadzonki. Każdy sposób pasuje do innej ilości miejsca.
Doniczka w jasnym i chłodnym pomieszczeniu to sposób najpewniejszy
Jeśli masz nieogrzewaną werandę, widną piwnicę, chłodny korytarz albo chłodny pokój, zostaw pelargonie w ich pojemnikach. Najlepiej sprawdza się temperatura około 5–10°C. Rośliny ograniczają wtedy wzrost i wystarcza im niewiele światła.
Przed wniesieniem usuwam żółte i zaschnięte liście oraz przekwitłe kwiaty. Zbyt długie pędy skracam, zostawiając około 15–20 cm. Oglądam też spody liści i łodygi, żeby nie wnieść szkodników.
Gdy w pomieszczeniu jest cieplej, około 10–15°C, pelargonie potrzebują już dobrego oświetlenia. Wtedy jasny parapet w chłodnym pokoju wygrywa z ciemnym kątem. Zimą podlewam oszczędnie, dopiero gdy podłoże zaczyna przesychać, i odstawiam nawozy.
Bez ziemi w papierowej torbie lub kartonie oszczędzasz najwięcej miejsca
Przy wielu roślinach i małej przestrzeni wyjmuję pelargonie z pojemników. Rozluźniam podłoże zamiast ciągnąć za pędy, a potem delikatnie otrząsam ziemię z korzeni. Nie szarpię ich, żeby usunąć każdą drobinę.
Usuwam kwiatostany, suche liście i martwe fragmenty. Każdą roślinę wkładam luźno do dużej, suchej papierowej torby albo do kartonu. Otwór torby zostawiam niezaciśnięty, a na torbie zapisuję kolor kwiatów.
Miejsce musi być chłodne, suche, przewiewne i bez mrozu, najlepiej 7–10°C. Temperaturę sprawdzam termometrem, bo papier nie ochroni korzeni przed zamarznięciem. Ta metoda najlepiej działa na mocnych, zdrowych pelargoniach i nie gwarantuje przetrwania każdego egzemplarza.
Co kilka tygodni zaglądam do środka. Opadanie liści i zasychanie końcówek pędów jest tu normalne. Niepokoją mnie pleśń, miękkie fragmenty i mocno pomarszczone pędy.
Sadzonki pędowe sprawdzą się w małym mieszkaniu
Trzeci sposób opisuję tylko w zarysie, bo jego technika to temat na osobny poradnik. Gdy nie mam miejsca ani na doniczki, ani na torby, robię jesienią sadzonki pędowe. Zamiast kilku dużych roślin przechowuję wtedy młode, niewielkie egzemplarze, z których na wiosnę wyrastają pelargonie na nowy sezon.
Do cięcia wybieram tylko zdrowe pędy, bez śladów chorób i żerowania szkodników. Małe doniczki z sadzonkami stawiam w jasnym miejscu, z dala od kaloryfera, bo ciepło przy krótkim dniu wyciąga pędy tak samo jak u dorosłych roślin. Ten sposób zabiera najmniej przestrzeni ze wszystkich trzech.
Te błędy kończą zimowanie, zanim się zacznie
- Czekanie, aż liście sczernieją. Termin wyznacza pogoda w twojej okolicy, nie data w kalendarzu. Jedna mroźna noc może zniszczyć roślinę obsypaną kwiatami.
- Stanowisko nad kaloryferem. Ciepło przy krótkim dniu pobudza pelargonie do wypuszczania cienkich, słabych i wyciągniętych pędów.
- Foliowy worek zamiast papieru. Zatrzymuje wilgoć i ogranicza wymianę powietrza, a to prosta droga do pleśni i gnicia.
- Stale mokra ziemia w doniczce. W chłodnym pomieszczeniu łatwo wtedy o gnicie korzeni.
- Wlewanie wody do torby. Przy wyraźnym przesychaniu lepiej na chwilę namoczyć same korzenie i dokładnie je odsączyć.
- Chore rośliny razem ze zdrowymi. Pelargonie z gnijącymi pędami lub licznymi szkodnikami nie nadają się do wspólnego przechowywania.